Żużel. Zmiany, kolejny biedasezon czy upadek. Co czeka Włókniarza?

Skład na przyszły sezon to w obecnej sytuacji Włókniarza problem drugiego planu. Ważniejsze są finanse, z którymi jest źle. I jeżeli nic się nie zmieni, w najlepszym wypadku klub czeka kolejny... biedasezon
W mediach coraz częściej pojawiają się spekulacje na temat składu, jakim w przyszłym sezonie będzie dysponował Włókniarz. Wymieniane są nazwiska Fredrika Lindgrena, Roberta Miśkowiaka, Taia Woffindena, Mirosława Jabłońskiego, którzy mieliby zastąpić Petera Karlssona, Rafała Szombierskiego i braci Łagutów. Odejście Rosjan, zwłaszcza Grigorija, co prawda nie jest jeszcze przesądzone, ale nie zanosi się na to, aby klub sprostał jego finansowym oczekiwaniom, które sięgają ponoć ponad dwóch milionów złotych. Na częstochowskie warunki to suma wręcz astronomiczna. Grubo ponad połowa budżetu, jakim klub powinien dysponować, aby zamknąć na zero miniony sezon. Powinien, bo pieniędzy zabrakło, czego zresztą prezes Marian Maślanka nie ukrywa. Co w tej sytuacji? Niewykluczone, że klub zdobędzie brakującą kwotę i spełni regulaminowe wymogi, ale to nie rozwiąże problemu, który dotyczy podstaw funkcjonowania żużla w Częstochowie. Włókniarz potrzebuje gruntowych reform. Zmian, dzięki którym stanie się profesjonalny nie tylko z nazwy. Ale do tego potrzebne będzie zaangażowanie nie tylko prezesa i kilku jego współpracowników, ale całego środowiska, włącznie z władzami miasta. Te ostatnie muszą sobie w końcu odpowiedzieć na pytanie, czy nadal chcą się szczycić żużlowym klubem w elicie. Czy wzorem Torunia, Gorzowa Wielkopolskiego, Leszna czy Zielonej Góry wygospodarują środki adekwatne do potrzeb? Bo dziś Włókniarz, podobnie zresztą jak siatkarski AZS, może liczyć na jałmużnę pozwalającą egzystować co najwyżej na II-ligowym poziomie. Moment na podjęcie kluczowych dla częstochowskiego żużla decyzji jest najlepszy z możliwych. Niebawem rozpoczną się bowiem negocjacje dotyczące miejskiego budżetu na 2012 rok.

Najwyższy czas również zastanowić się nad sensem funkcjonowania stowarzyszenia CKM Włókniarz w obecnym kształcie. To de facto drugi działający w mieście żużlowy podmiot. Generujący niemałe koszty, pochłaniający w całości dochody z giełdy, które wcześniej stanowiły lwią część budżetu klubu odnoszącego sukcesy w ekstralidze. Dziś ekstraligowy Włókniarz z giełdy nie wyżyje, ale na pewno można te środki lepiej wykorzystać. Bo z całym szacunkiem dla zaangażowania prezesa Ziębaczewskiego, ale wielkich efektów jego działalności nie widać. Stowarzyszenie wychowało grupę żużlowców, ale w większości na potrzeby I - i II-ligowców. Następców na miarę Cieślaka czy Drabika jak nie było, tak nie ma.

Oczywiście można się też zastanawiać, czy (o ile takowy powstanie) to prezes Maślanka powinien stanąć na czele nowego Włókniarza. Dziś, po dwóch chudych sezonach, ma on tyle samo zwolenników co przeciwników. Dało się to odczuć chociażby podczas ostatniego meczu sezonu ze Startem Gniezno. Ci drudzy zarzucają mu złe zarządzanie klubem, brak sukcesów w rozmowach ze sponsorami. Sporo w tym prawdy, ale trzeba wiedzieć, na jak trudnym gruncie musiał działać obecny prezes. Kryzys w branży stalowej spowodował nagłe wycofanie się z finansowania klubu przez Złomrex. Miasto pogrążało się w niebycie i pomagało w coraz mniejszym stopniu, a stowarzyszenie, zamiast współpracować, chciało realizować swoje ambicje. Maślanka popełnił błędy, ale na pewno nie można mu zarzucić braku zaangażowania. Tak samo jak trzeba mu oddać, że ma wyjątkowego nosa do żużla. Bo to, że w minionym sezonie Włókniarz dostarczył kibicom tylu emocji i wrażeń, to przecież zasługa prezesa, który za śmieszne w porównaniu z innymi klubami pieniądze zbudował zespół z charakterem i gwiazdą wielkiego formatu - Grigorijem Łagutą. Pewnie u wielu wywoła to uśmiech na twarzy, ale uważamy, że Maślanka to człowiek dużego formatu, który za to, co zrobił dla Włókniarza i częstochowskiego żużla, zamiast nieustającego od jakiegoś czasu ujadania, zasługuje na szacunek. A już na pewno kredyt zaufania. Maślanka powinien wyprowadzić klub na prostą i odejść na zasłużoną emeryturę. Z tym że w obecnych częstochowskich realiach o optymizm jest tak samo trudno jak o kilkaset tysięcy złotych na załatanie dziury w budżecie. Klub raczej nadal będzie balansował na krawędzi. Pytanie tylko jak długo?