Triathlon. Maria Cześnik: Jest mi przykro, smutno, jestem rozgoryczona...

Maria Cześnik jest jednym z największych pechowców wśród polskich olimpijczyków. Podczas sobotnich zawodów upadła na kolarskiej trasie, a zdaniem jej trenera Marcina Słomy i Andrzeja Zaguły z częstochowskiego Kmicica, który oglądał zawody w Londynie, mogła osiągnąć najlepszy wynik w historii polskiego triathlonu
- Nie widziałem na żywo upadku Marysi, ale widziałem z bliska, na telebimie. Kilkanaście tysięcy widzów, którzy stali w pobliżu, jęknęło, widząc, co się stało - wspomina Andrzej Zaguła. - Źle to wyglądało, a ona podniosła się i pojechała dalej. Miała rozbite prawe ramię, ranę na policzku i przy oku, krew ciekła jej po twarzy... Mogła zejść z trasy, ale się nie poddała.

- Gdyby to był jakikolwiek inny triathlon, Marysia pewne by się wycofała, ale ona przełamała się psychicznie, pokonała problemy i kontynuowała zawody - dodaje trener Słoma.

Cześnik dotarła do mety na 31. miejscu, ale dla wielu była jedną z bohaterek olimpijskiego triathlonu. Dla 35-letniej zawodniczki, która na IO może już nie pojechać, było to jednak marne pocieszenie. - W momencie upadku Maria jechała w grupie 22 zawodniczek, które podczas biegu rozegrały walkę o medale. A miała prawo czuć się mocna, bo na treningach biegała kilometr w czasie 3 minuty i 20 sekund - tłumaczy Zaguła. - Mogła osiągnąć najlepszy wynik w historii polskiego triathlonu. Trener Słoma idzie dalej. Twierdzi, że realne byłoby miejsce w pierwszej dziesiątce.

Cześnik wciąż przebywa w Londynie. Leczy rany i próbuje dojść do siebie po pechowym występie. - Jest mi przykro, smutno, jestem rozgoryczona - mówi, ale znając z jej charakter, można się spodziewać, że walki o start na igrzyskach w Rio de Janerio też nie odpuści.