Bosek o fatalnym sezonie i przyszłości AZS: Trzeba stworzyć nową jakość

AZS Częstochowa kończy sezon pobity, na ostatnim miejscu w PlusLidze. - Zrobimy wszystko, żeby coś takiego się nie powtórzyło - deklaruje Ryszard Bosek, dyrektor sportowy klubu. W krótkim czasie powinien być znany zalążek perspektywicznego zespołu.
Rozmowa z Ryszardem Boskiem

Kończy się kolejny, fatalny w wykonaniu w wykonaniu AZS-u sezon, czy można powiedzieć, że jest zupełnie stracony?

Ryszard Bosek: Ja bym powiedział, że był nieudany, bo nie ma wątpliwości, że taki był. Oczywiście, wiemy, jakie są tego powody. Część zawodników nie wytrzymała sezonu mentalnie, nie potrafiła wykazać swojego profesjonalizmu, pokazać w meczu tego, co na treningu. Mówiąc inaczej, nie umieli się sprzedać. Większość z nich nie miała doświadczenia z najwyższej klasy rozgrywek, uczyła się w PlusLidze i nie podołała zadaniu. Próbowaliśmy różnych metod, żeby im pomóc, ale żadna się nie sprawdziła. Wnioski są takie, że do ekstraligi nie można brać kogoś, kto tylko dobrze rokuje. Ktoś taki musi mieć charakter.

Problem w tym, że tacy ukształtowani zawodnicy kosztują, a was na nich nie stać. Chociaż w tym sezonie z finansami było lepiej, pojawił się sponsor, mogliście liczyć na spore wsparcie ze strony miasta.

- Pieniądze są ważne, ale one o wszystkim nie decydują. Podam przykład młodego Rafała Szymury, który przyszedł do nas przed tym sezonem. Miał 19 lat, przez trzy czwarte sezonu grał z rozwalonym kolanem, ale nigdy nie płakał. On w przeciwieństwie do kilku innych wyróżniał się na boisku charakterem. I takich chłopaków musimy szukać. A jeśli chodzi o finanse, to owszem, było lepiej, ale pewne decyzje zapadły w ostatniej chwili, więc i w ostatniej chwili trzeba było budować zespół. Prawda jest taka, że część zawodników braliśmy z łapanki, a sezon pokazał, że niektórzy na poziomie ekstraligi grać nie są w stanie.

M.in. rozgrywający Miguel De Amo, który w kilku spotkaniach wyraźnie zawodził.

- Tak, on nie sprostał mentalnie, ale my wiedzieliśmy, jaki to jest zawodnik i jego koledzy też wiedzieli. Hiszpan potrzebował więcej wsparcia niż krytyki, a tej pomocy nie dostawał. Niektórzy zawodnicy obciążali jego za to, że się nie udaje, a nie obciążali siebie, choć powinni. Niestety, jeśli chodzi o grupę, o zespół, to nie udało nam się go złożyć.

A czy poradził sobie trener Michał Bąkiewicz, który zastąpił krytykowanego przez kibiców i niektóre media Marka Kardosa?

- Ja uważam, że tak. To było dla niego coś nowego, ale potrafił się odnaleźć w tej roli. Ja oczywiście mu swoim doświadczeniem służyłem, spotykaliśmy się, rozmawialiśmy o drużynie, ale on szedł wytyczoną przez siebie ścieżką. Znam Michała od 17. roku życia, wiem, jaką pracę wykonywał, będąc zawodnikiem, i widzę, że ciężko pracuje również na to, aby być dobrym trenerem. Co ciekawe, Michał był na boisku ekspresyjny, a teraz pokazuje, że potrafi na wszystko spojrzeć chłodnym okiem. Siedziałem z nim na ławce, ale on nie konsultował ze mną swoich decyzji. Podejmował je sam i przyznaję, że zaskakiwał mnie celnością swoich analiz. Pokazał, że potrafi czytać mecz, przyznać się do błędu, co wcale takie łatwe nie jest. To był dla Michała trudny, ale udany chrzest.

Niektórzy jednak właśnie Michała Bąkiewicza obciążają za tę zupełnie nieudaną końcówkę sezonu.

- Część kibiców z różnych powodów się na niego zawzięła. Część, która nie potrafi być z drużyną na dobre i złe. Nie wiedzieć czemu jego poglądy polityczne mieszali ze sportem, coś mu tam zarzucali. Ubliżali jemu, ubliżali zawodnikom. Ich postawę trudno zrozumieć, trudno z tym w ogóle dyskutować. Przepraszam, ale jeżeli ktoś się tak zachowuje, dla mnie nie jest kibicem. Nie wiem, ile mi go jeszcze zostało, ale będę to powtarzał do końca życia. Ja przez lata byłem zawodnikiem, potem trenerem, ale jestem też kibicem Juventusu. Cieszyłem się z sukcesów tej drużyny, płakałem po porażkach, miałem swoje zdanie, ale nie odważyłem się powiedzieć, że trener jest bałwanem, a zawodnik, który nie trafił do bramki z dwóch metrów - kaleką. Bo mam doświadczenie, wiem, że to wszystko takie proste nie jest.

Jaki wpływ na przyszłość drużyny i klubu może mieć ten nieudany sezon? Już w jego trakcie mówiło się, że prowadzicie rozmowy ze sponsorami, m.in. z Tauronem, że AZS może wkrótce wrócić do elity. Ostatnio o wszystkim ucichło.

- Wyniki drużyny na pewno nie pomagają w rozmowach, ale ludzie, którzy są w klubie i blisko niego, będą robili wszystko, żeby coś takiego się nie powtórzyło. Są zdesperowani. Szkoda, że niektórzy zawodnicy nie wykorzystali swojej szansy, bo gdyby AZS grał lepiej i był w tabeli wyżej, na pewno byłoby nam łatwiej. Jeśli chodzi o Tauron, to rozmowy są prowadzone. Także z innymi firmami. Idziemy w więcej niż kilku kierunkach, ponieważ zdajemy sobie sprawę, że jeden sponsor utrzymania nam nie zapewni, tym bardziej na dłuższy okres. Generalnie mogę powiedzieć, że jestem optymistą. Ale szczegółach mówić nie chcę, bo kiedyś powiedzieliśmy trochę za dużo i zaczęło się wszystko kwasić.

Desperacja to jedno, ale czy można już mówić o faktach?

- Fakty są, ale na dzisiaj nie mogę ich zdradzić. Choćby dlatego, że trwa sezon i zawodnicy jeszcze grają. Powiem tak: w krótkim czasie powinien być znany zalążek perspektywicznego zespołu. Rozmowy są trudne, zadanie też, bo trzeba stworzyć nową jakość. Zawodnikom, którzy mieliby tutaj grać, zagwarantować dobre warunki, przekonać ich do tego, żeby tutaj przyszli. Ale jeżeli wszystko się uda, będziemy mieć drużynę na zupełnie innym poziomie. Taką, która przyciągnie do hali zdecydowanie więcej kibiców.

Z Bartoszem Kurkiem w składzie, o czym plotkowano na początku stycznia? Zdaniem włoskiego dziennika "La Gazzetta dello Sport" Kurek wraca do Polski.

- To nie jest plotka. Rozmowy są, ale czy zakończą się pozytywnie, trudno powiedzieć. Ale mniej więcej rozmawiamy z zawodnikami na takim poziomie.

Kto panu pomaga w tej misji odbudowy AZS-u?

- Wiele osób, ale niektóre z nich nie chcą dawać nazwisk. Nie chcę powiedzieć, że robią to z dobrego serca, ale działają non profit, taka jest prawda. Pamiętają stare czasy, te wszystkie medale, to, że w AZS-ie było ponad 50 reprezentantów Polski i chcieliby, żeby klub nawiązał do tych pięknych tradycji. Nie jest to łatwe, bo Częstochowa w ostatnich latach straciła na ekonomicznym potencjale.

Czy wśród tych osób jest ktoś związany z nowym większościowym udziałowcem klubu? Jak w ogóle wygląda sprawa udziałów w spółce. Częstochowski biznesmen Tomasz Górski nie tak dawno odkupił od Domeksu i Wkręt-Metu 51 procent akcji, ale miał je sprzedać. Czy transakcja została sfinalizowana, bo jest wokół tego trochę niedomówień?

- Ta sprawa nie jest jeszcze do końca rozwiązana, ale czekając na jej finał, już teraz trzeba budować finansowe podstawy i nową drużynę. W innym przypadku znowu uciekłby rok i zamiast o 2015 musielibyśmy myśleć o 2016. Ja w sprawy właścicielskie nie jestem specjalnie zaangażowany, ale wiem, że sprzedający i kupujący udziały chcą dobrze dla AZS-u.

W jakim stopniu i na jakiej zasadzie w AZS zaangażowana jest fundacja Alchemia Sportu, której honorowym przewodniczącym jest Jerzy Buzek, a pan członkiem jej rady?

- Alchemia Sportu bardziej opiekuje się stowarzyszeniem [Częstochowska Siatkówka - przyp. red.], które powstało przy AZS-ie. Generalnie jej celem jest wspieranie szkolenia młodzieży, a w przypadku Częstochowy - szkolenia młodych siatkarzy. W innych miastach na Śląsku są to inne dyscypliny, tutaj z oczywistych względów wybór padł na siatkówkę. Jestem członkiem tej fundacji i z jej prezesem przekonaliśmy innych jej członków, aby zainwestowała w Częstochowę. Ważne, że zaangażowało się w to również miasto. Nie tylko w stowarzyszenie, ale generalnie AZS. Tutaj spotkaliśmy się z bardzo dużą przychylnością, za co należą się duże podziękowania. Oczywiście chciałoby się jeszcze więcej, ale cieszymy się z tego, co jest.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki