Hala na Zawodziu na miarę Częstochowy, ale ponad jej potrzeby [KOMENTARZ]

Pomysł budowy hali sportowej zrodził się jeszcze za prezydentury Tadeusza Wrony. W trzy lata po otwarciu widać, że przerasta ona obecne potrzeby miasta. Mierzone nie tylko kondycją AZS-u, ale i menedżerskimi umiejętnościami zarządu obiektu
"Bez silnego AZS-u nie ma co marzyć, że hala na Zawodziu będzie tętnić życiem. A to jest problem już nie klubu, ale miasta, które musi znaleźć takie rozwiązanie, aby do 7-tysięcznego giganta dokładać jak najmniej" - o tym, że piękna, nowoczesna hala może być problemem dla miasta, pisaliśmy tuż przed jej otwarciem w marcu 2012 r. Nasze słowa, niestety, się sprawdziły i nie przypominamy ich, aby udowadniać, że mieliśmy rację. Po to natomiast, aby uzmysłowić wszystkim, że problem jest cały czas aktualny. Wykazała to także analiza Najwyższej Izby Kontroli, której wyników miasto, broniąc się na różne sposoby, nie chce zaakceptować.

Jeden z zarzutów dotyczy wypełnienia 250-tysięcznego limitu frekwencji i na nim się skoncentrujemy. Miasto twierdzi, że tyle osób odwiedziło halę, NIK, że brakuje 30 tysięcy. Trudno nam te statystyki porównać, przeliczyć, kto ma rację. Możemy natomiast ocenić rangę i zainteresowanie imprezami sportowymi, jakie zorganizowano na Zawodziu. A te, które elektryzowały tłumy, o których pisały ogólnopolskie media, można policzyć na palcach jednej ręki. Siatkarskie Superpuchar Polski i finał Pucharu Polski, mecz piłkarek ręcznych z Czarnogórą. Można powiedzieć tyle i nic więcej, bo na pewno wydarzeniami nie były bokserskie gale, nawet pożegnanie Andrzeja Gołoty, które nie przyciągnęło do hali kompletu publiczności.

Warto więc się zastanowić, czy nie zrezygnować z boksu w na ogół pseudozawodowym wydaniu, a nie skoncentrować się na meczach reprezentacji. A jest w czym wybierać: siatkarze, siatkarki, piłkarze i piłkarki ręczne, tenisiści i tenisistki, koszykarze. Te wszystkie drużyny przyciągają tłumy. Oczywiście gwiazdy kosztują, związki cenią swoje zespoły, ale przykłady innych miast pokazują, że warto je zapraszać.

Zielona Góra oddała do użytku halę (zarządza nią tamtejszy MOSiR) mniej więcej w tym samym czasie co Częstochowa i w krótkim czasie świetnie ją wypromowała. Eliminacyjne mecze ME grali w niej piłkarze ręczni i koszykarze, na pojedynek Pucharu Davisa przyjechał Jerzy Janowicz, odbył się w niej finał siatkarskiego Pucharu Polski, mecz Ligi Światowej siatkarek i ostatni test reprezentacji Polski przed MŚ, czyli Memoriał Huberta Wagnera.

Jak więc widać - można! Konkurencja jest ogromna (imponujące hale rosną jak grzyby po deszczu), ale Zielona Góra udowodniła, że małe ośrodki potrafią się przebić ze swoją ofertą. Od aktywności zarządzających halą zależeć będzie bardzo wiele.

A równie wiele od tego, czy i jak szybko do elity wróci AZS, który ze skromnymi finansami i marnymi wynikami od kilku sezonów wlecze się w ogonie PlusLigi. Gdy akademicy odnosili sukcesy, stara hala Polonia przez długie lata tętniła życiem. Były momenty, że nie mogła pomieścić chętnych. Jak na ironię, Częstochowa ma teraz wymarzoną do siatkówki halę, a nie ma drużyny, która przyciągnęłaby do niej tłumy.

Miasto rozumie potrzeby AZS-u, z roku na rok zwiększa dotacje dla klubu, ale to i tak jest kropla w morzu potrzeb. Aby zbudować drużynę na miarę sukcesu w PlusLidze, trzeba mieć budżet na poziomie minimum 10 mln zł. Częstochowa takiego finansowego obciążenia nie udźwignie, a bogatego sponsora (sponsorów) jak nie było, tak nie ma. I jeżeli wysiłki ludzi działających w AZS-ie znowu spełzną na niczym, wielka hala na Zawodziu wciąż będzie przerastać potrzeby miasta.

Swoją drogą zarządzający halą nie są od tego, żeby oglądać się na AZS. Mają narzędzia do tego, aby organizować różnego rodzaju imprezy - nie tylko sportowe - i muszą sobie radzić w trudnych realiach. Jeżeli się nie sprawdzą (nie sprawdzają), trzeba poszukać takich, którzy będą bardziej skuteczni.