M. Winiarski: Częstochowa mój drugi dom

Michał Winiarski to już dziś jeden z najbardziej utytułowanych zawodników spośród tych, którzy grali kiedykolwiek w AZS-ie. A przed nim jeszcze wiele lat kariery. Dłuższą rozmowę przeprowadziliśmy podczas jego pobytu w Częstochowie - przy okazji meczu Ligi Mistrzów


Na Waszej klubowej stronie internetowej można przeczytać, że Częstochowa to ulubione miasto Michała Winiarskiego. Tak bardzo się związałeś z tym miejscem przez trzy lata gry w AZS-ie?

- Jestem poza domem od 14. roku życia. Cztery lata byłem w Spale, tutaj trzy kolejne. Czas spędzony w Częstochowie był wyjątkowy. Nawiązałem wiele kontaktów. Mimo że ja i żona nie jesteśmy z Częstochowy, to tutaj braliśmy ślub. Mamy wielu przyjaciół, znajomych, no i drugi dom. Odchodząc do Bełchatowa nie wyprowadziliśmy się stąd. Ja generalnie nie lubię dużych miast - tego pośpiechu, korków. Na pewno nie mógłbym mieszkać w Warszawie. Częstochowa jest w sam raz. Wszystko jest blisko, pod ręką.

Wybierając Trento kierowałeś się tym, że to niewielkie piękne miasto?

- Można powiedzieć, że Trento stało się dla nas trzecim domem. Jestem tam już trzeci sezon, a kontrakt mam ważny jeszcze na dwa kolejne. Miasto rzeczywiście jest niezwykłe. Pogoda, góry, spokojna atmosfera, ludzie otwarci na świat, świetnie zorganizowany klub - można powiedzieć: żyć nie umierać. Tam nie odczuwa się tych problemów, z jakimi człowiek spotyka się w Polsce. To idealne miejsce dla mnie i mojej rodziny.

Również na stronie Itasu mówisz, że największa sportowa porażka to pamiętny półfinał z Jastrzębskim Węglem. Rzeczywiście nadal siedzą w Tobie tamte wydarzenia?

- Może teraz tak często już do tego nie wracam, ale jak sobie pomyślę, to nie mogę pojąć - jak przegraliśmy mecz, prowadząc w tie breaku 10:5. Bardzo długo nie mogłem się z tym pogodzić. Wszyscy nie mogliśmy. Tworzyliśmy wtedy świetną grupę, fajny zespół. Szkoda, że przez trzy lata tylko raz awansowaliśmy do finału i nie zdobyliśmy złota. Z Kędzierzynem walczyliśmy twardo, ale mimo wszystko się nie udało. A ta grupa zasługiwała na taki sukces. Oczywiście srebro i dwa brązowe medale cieszą, ale złota mi brakuje. Euforię po naszym zwycięstwie w Bełchatowie, kiedy odebraliśmy Skrze brąz, pamiętam jednak bardzo dobrze. Wtedy cieszyliśmy się tak, jakbyśmy zdobyli mistrzostwo. Różne rzeczy się wtedy śpiewało, ale takie są prawa młodości.

Trzy lata w AZS-ie, potem transfer do mistrza Polski i wyjazd do Włoch - tak miało być, tak to sobie zaplanowałeś?

- Zawsze chciałem wyjechać do Włoch. Od zawsze słyszałem, że liga włoska jest najsilniejsza, że grają tam najlepsi, więc dążyłem do tego aby tam trafić - to był mój cel. Aby go osiągnąć musiałem zmienić Częstochowę na Bełchatów. Musiałem grać w Lidze Mistrzów i się pokazać. Dlatego podpisałem ze Skrą kontrakt z opcją umożliwiającą mi transfer za granicę. W Skrze grałem rok i czułem się tam bardzo dobrze, ale najlepsze lata spędziłem w AZS-ie. Byłem młody, nie zarabiałem dużych pieniędzy, ale byłem w grupie świetnie rozumiejących się chłopaków, którzy byli głodni sukcesu. Szkoda tylko, że nie potrafiono tego wykorzystać. Gdyby w klubie wszystko było wtedy tak poukładane jak w zespole, to nasze wyniki byłyby jeszcze lepsze.

Domyślam się, że przed tegoroczną Ligą Mistrzów AZS był na liście życzeń Michała Winiarskiego?

- Był, ale tylko z tego względu, że chciałem przyjechać do Częstochowy. Wstąpiliśmy na Jasną Górę, bo wszyscy chcieli zobaczyć klasztor. Oprowadziłem chłopaków, a potem pojechałem do żony i syna, bo wpadła tutaj załatwić parę spraw. Niestety, na wszystko brakuje czasu. Ale zawsze fajnie jest zajrzeć do Polski, choćby na krótko.

To prawda, że wygranie Ligi Mistrzów jest dla Was mniej ważne od mistrzostwa Włoch?

- Rzeczywiście, włoskie scudetto jest chyba dla nich najważniejsze. Dlaczego? W Lidze Mistrzów dopiero w ósemce jest wyrównana stawka, w Serie A jest czternaście silnych zespołów i w każdej chwili pierwszy może od ostatniego dostać w łeb. Chęć bycia najlepszym w tej stawce przeważa.

Wasze dotychczasowe wyniki w LM potwierdzają Twoje słowa. Wygraliście łatwo osiem meczów, do Częstochowy również przyjechaliście w roli zdecydowanego faworyta.

- Grupę mieliśmy naprawdę słabą. Przegraliśmy chyba tylko o trzy sety. Zespoły z Austrii, Francji, Hiszpanii czy Słowenii pod względem klasy są nieporównywalne do włoskich czy polskich.

Jak teraz - po ostatnich sukcesach, postrzegane są polskie kluby we Włoszech?

- Pozytywnie. Choćby dlatego, że w tym roku trzy zespoły, w tym AZS i Jastrzębie, wyeliminowały z gry drużyny włoskie. To się liczy. To jest sygnał, że polska liga nie jest słaba. Bełchatów też pokazał - wygrywając z Dynamem Moskwa, że trzeba się z nim liczyć. Włosi to dostrzegają.

Zgodzisz się z opinią, że liga włoska straciła ostatnio na wartości?

- To, że wielu siatkarzy wyjechało do Włoch, to fakt, ale nie wszyscy, którzy tam grają są gwiazdami. Zarabiają ogromne pieniądze, jednak do klasy Giby, Stenleya czy Balla sporo im brakuje. We Włoszech poziom jest wyrównany, nawet gdy mecz kończy się wynikiem 3:0, to sety rozgrywane są na przewagi. Naprawdę trudno opisać atmosferę rozgrywek, tą ciągłą presję wyniku. Poczuć może ją tylko ten, który tam gra. Polacy, którzy byli w Serie A wcześniej, najlepiej wiedzą jak trudno się w niej utrzymać na dłużej. Nie przypominam sobie wielu takich, którzy grali więcej niż trzy lata - chyba tylko Krzysiek Stelmach i Sebastian Świderski.

Ciebie swego czasu Rosjanie kusili wielkimi pieniędzmi. Dostałeś ponoć propozycję nie do odrzucenia, ale jednak ją odrzuciłeś. Dlaczego?

- Przebicie było podwójne, ale ja tak samo jak do Bełchatowa, tak i do Włoch nie szedłem dla pieniędzy. Oczywiście one były ważne, bo dzięki nim mogłem sobie coś w życiu zaplanować, ale ważniejsze były inne cele. We Włoszech chciałem się uczyć, robić postępy. Tak też było i cieszę się, że podjąłem taką, a nie inną decyzję. Nie wiem co by było teraz, gdybym wyjechał do Rosji.

Nie mogę nie zapytać o nowego trenera kadry Daniela Castellaniego. Zastąpił Raula Lozano, z którym rozstaliście się w nie najlepszej atmosferze.

- Okres pracy z Raulem Lozano można podzielić na dwa etapy - bardzo dobry i słabszy. Te drugie dwa lata nie były tak kolorowe. Byliśmy blisko czwórki na Olimpiadzie, ale skończyło się tak, jak się skończyło. Nowego trenera nie znam. Od chłopaków z Bełchatowa wiem, że jest dobrym fachowcem. Oni wypowiadają się o nim w samych superlatywach.

A jak Twoje zdrowie?

- W porządku. W pewnym momencie groził mi zabieg, ale udało się pokonać problemy bez tego. Niestety, przeciążyłem organizm. Przez siedem lat grałem praktycznie non stop.