Sport.pl

Lider na razie za silny

Przed meczem Włókniarza w Toruniu nie brakowało optymistów. Rzeczywistość okazała się jednak daleka od kibicowskich nadziei.


Włókniarz przegrał z Unibaksem wysoko, bo różnicą 16 punktów. Biorąc pod uwagę nadzieje, jakie wiązaliśmy z meczem w Toruniu, to bolesna porażka. Odrobienie strat w Częstochowie i sięgnięcie po punkt bonusowy stało się w tej sytuacji zadaniem ekstremalnie trudnym.

Co złożyło się na taki niekorzystny wynik? Na pewno mógł on być nieco lepszy, gdyby nie dwa defekty (Richardsona i Hancocka na pewnych punktowych pozycjach), wyraźny był także brak w zespole kontuzjowanego Tomasza Gapińskiego. Te fakty nie do końca tłumaczą jednak wysoką porażkę. Czy można poszukać jej przyczyn i usprawiedliwienia w nieznajomości toru? Nie brakuje rozżalonych kibiców, którzy twierdzą, że nie. Trzeba jednak pamiętać, że w żużlu własny tor to poważny argument (nawet w Grand Prix, gdzie jeżdżą same gwiazdy, turniej w Bydgoszczy zwykle wygrywa Tomasz Gollob). A tym bardziej taki, na którym rywal nie jeździł nigdy. Oczywiście, Hancock czy Pedersen powinni sobie radzić w każdych warunkach i zwykle sobie radzą. Może więc niedzielne kłopoty jednego i drugiego świadczą jednak o tym, że nawierzchnia toru Unibaksu ma swoje nieodkryte jeszcze dla przyjezdnych tajemnice. Przecież przed tygodniem Falubaz prowadził w Toruniu 21:15, a przegrał, prawie tak jak Włókniarz (52:38).

Najprostsze wnioski, jakie się nasuwają, to takie, że nawierzchnia w Toruniu zmienia się dość mocno w trakcie meczu, co gospodarze potrafią perfekcyjnie wykorzystać. Z każdym meczem ligowym na Motoarenie tajemnica będzie jednak rozszyfrowywana, rywale Unibaksu dzielić się będą wnioskami i z czasem zapewne przewaga, jaką mają żużlowcy lidera, zmaleje do zwykłych w takich przypadkach rozmiarów.

Trzeba jednak podkreślić, że Unibax wygrywa przede wszystkim dlatego, że ma silny i bardzo wyrównany zespół. Wszystko inne - także tor - jest sprawą drugoplanową. Włókniarz w przeciwieństwie do swoich niedzielnych pogromców nie jest tak równorzędną drużyną. O sile częstochowian stanowią dwie gwiazdy, a tzw. druga linia pozostaje nieobliczalna - równie dobrze może zdobyć punktów kilkanaście, jak i zero. W Toruniu Sławomir Drabik i Michał Szczepaniak w pięciu startach wspólnie zdobyli jeden punkt (a i ten dzięki defektowi Richardsona). Jeśli drużyna trenera Grzegorza Dzikowskiego ma spełnić marzenia kibiców - czyli przynajmniej zdobyć medal - dorobek punktowy musi się rozkładać na całą szóstkę zawodników. Jest nadzieja, że krok w tym kierunku może nastąpić, gdy z kontuzją i pechem upora się Tomasza Gapiński.

Dobrą stroną niedzielnej porażki może jest to, że nasze oczekiwania wobec Włókniarza zostały ustawione na właściwym dla możliwości zespołu poziomie. Bo na pewno nie jest tak, jak można było usłyszeć po trzech kolejnych zwycięstwach, że "lejemy wszystkich i idziemy na mistrza". Liga jest w tym roku bardzo wyrównana i kolejne wygrane nie przyjdą łatwo. Czy to jednak źle? W końcu w całej tej zabawie chodzi o to, żeby nie brakowało emocji i dobrych widowisk. Miejmy nadzieję, że takie czekają nas już w najbliższą niedzielę, gdy do Częstochowy przyjedzie Lotos Wybrzeże Gdańsk.