Grzegorz Dzikowski: Chcemy wrócić do Torunia

Przegraliśmy na torze lidera i nie jest to żadna tragedia. Jesteśmy w czołówce - mówi trener Włókniarza Grzegorz Dzikowski o meczu w Toruniu. - Trzeba szybko wyciągnąć wnioski i jechać dalej.


Tadeusz Iwanicki: Czy jest trener rozczarowany wynikiem i postawą ?

Grzegorz Dzikowski: - Na pewno rozmiarami porażki. Przegraliśmy trochę za wysoko. Nie mieliśmy choćby jednego zawodnika, który by to pociągnął. Cała drużyna nie potrafiła się dostosować do warunków, jakie panowały na torze. Przewaga torunian była taka, że mieli miesiąc na treningi, dobranie odpowiedniego sprzętu. My jechaliśmy w ciemno. To zadecydowało o tym, że w biegach od 8 do 11 trochę się pogubiliśmy i stąd taki wynik. Reszta zawodów przebiegała w sposób, jakiego się spodziewałem. Gdzieś został popełniony błąd, stopniowo dochodzimy do tego gdzie i wyciągamy wnioski. Ten tor jest specyficznym drugiego takiego w Polsce nie ma, choćby dlatego, że jest częściowo zadaszony. Na to trzeba brać poprawkę. Ale my postaramy się jeszcze tam wrócić i takich błędów nie popełnić.

Czy problemy Hancocka wynikał tylko z tego, że nie mógł rozszyfrować nawierzchni, czy był też inne przyczyny jego słabszej postawy ?

- Wszyscy mieli te same problemy. Zawodnicy konsultowali to między sobą, próbowali sobie pomóc, ale bez efektu. Co do Hancocka, to dodajmy mu dwa punkty za defekt, plus bonusy i mamy przyzwoity wynik. Hancock czy Pedersen to też nie maszynki do robienia punktów. Też mają prawo do słabszego dnia i biegów. Całkowicie zawiodła za to druga linia. Im też się może zdarzyć słabszy dzień, ale nie mogą to być same zera.

Czyli zabrakło Tomka Gapińskiego ?

- Nie ma co teraz gdybać, że z Tomkiem byłoby inaczej. Przegraliśmy na torze lidera i nie jest to żadna tragedia. Jesteśmy w czołówce. Toruń nam uciekł, ale w rundzie rewanżowej mamy więcej meczów u siebie. Trzeba szybko wyciągnąć wnioski i jechać dalej.

Jakieś pozytywy w tym meczu trener zauważył?

- Tak są. Mimo przegranej zauważam wiele pozytywnych rzeczy. Pozwolę jednak sobie zachować je dla siebie.

Teraz mecz w Częstochowie z Lotosem. Gdańszczanie zaskakują coraz lepszą jazdą. Rozbili właśnie Polonię Bydgoszcz. Musimy się ich obawiać ?

- Swój tor zawodnikom pomaga, własna publiczność jest ósmym zawodnikiem. Z Polonią gdańszczanie jechali u siebie, teraz przyjadą do nas. Ja nigdy przed meczem nie patrzę w tabelę, niezależnie z kim rywalizujemy, zawsze przygotowujemy się tak samo solidnie. Czekają nas treningi, szczególnie dla zawodników drugiej linii, którzy muszą sobie zdać sprawę, że często ich jazda jest kluczowa dla wyniku meczu. A ja dużo nie żądam - sześć-osiem punktów.

A jak ocenia Pan juniorów. Woffinden był świetny, ale co sprawiało, że w miejsce Borysa Mitorskiego dał Pan szansę Kamilowi Cieślarowi ?

- Życzyłbym sobie, żeby Woffinden tak jechał w każdym meczu. Co do Kamila to zasłużył sobie na start. Nie widzę żadnej sensacji w tym, że Borys nie pojechał. Startował w 5 meczach, w 14 biegach zdobył 3 punkciki, to trochę mało. Ma także bardzo duże problemy ze sprzętem. Kamil był na tą chwilę lepiej wyposażony, pokazywał dobrą dyspozycję i wystartował. Tak, jak mówiłem, nikt nie ma miejsca w składzie na stałe. Ja nie waham się podejmować takich decyzji, czego przykładem było odstawienie Tomka Gapińskiego we Wrocławiu. Podałem jasno przyczynę, Tomek to przyjął z pokorą, zgodził się, że nie ma odpowiednich motocykli i tyle. Poza tym takie dyskusje trochę mnie dziwią. Wymiana żużlowca w drużynie jest chyba czymś normalnym. Zawodnik wraca do formy, wskakuje do składu - sport na tym polega.

Co słychać u Tomka Gapińskiego ?

- Ma odpoczywać do czwartku. Wtedy spotykamy się na treningu. W piątek jedziemy sparing punktowany z Gnieznem [godz. 18 w Częstochowie - przyp. red.], sobota to jeszcze poprawki, jakby ktoś miał potrzebę sprawdzenia motocykla. Normalny tok przygotowań.