Marek Cieślak: Ekstraliga bez Włókniarza i WTS-u? To bzdety

Lada dzień powinno się okazać, czy Włókniarz i WTS Wrocław otrzymają licencję na przyszły sezon. - Nie wyobrażam sobie, że nas w ekstralidze zabraknie. To byłby początek końca tych rozgrywek - mówi trener wrocławian Marek Cieślak
Rozmowa z Markiem Cieślakiem

Tadeusz Iwanicki: Wyobraża Pan sobie ekstraligę bez Włókniarza i WTS-u?

Marek Cieślak: Jeżeli ktoś będzie miał takie życzenie, to pewnie może się tak zdarzyć. Ale powiedzmy szczerze, kto za te drużyny w ekstralidze miałby jeździć? Wpuszczą kogoś z pierwszej ligi, bo myślą, że da sobie radę. To nie takie proste. W ten sposób tylko wypełnią tabelę. Za rok pewnie znowu ktoś spóźni się z wypłatą dla zawodników o dzień czy dwa i co - znowu zostanie zdegradowany. A za niego kto: Krosno czy Rybnik? To są bzdety. To, że Włókniarz do końca szarpał się o pieniądze, a my może i słusznie z Nichollsem, to nie znaczy, że ma nas nie być w ekstralidze.

Myśli trener, że prezydium PZMot się ugnie i podejmie korzystne dla Was decyzje?

- A ma inne wyjście? Ja nie wiem, jaka będzie decyzja, ale nie wyobrażam sobie, że nas w ekstralidze zabraknie. To byłby początek końca tych rozgrywek.

W przeszłości prawo było naginane na korzyść klubów. Przykładem jest choćby Unibax Toruń, który przecież nie miał na początku tego sezonu do dyspozycji stadionu, a w myśl przepisów powinien.

- Na pewno były kluby, które w przeszłości bardziej narozrabiały, a praktycznie żadna kara ich nie spotkała. Dlatego jestem dobrej myśli. Wiem, że Rzeszów chętnie by kogoś zastąpił. Pytanie, co w tej ekstralidze zdziała i dlaczego sobie awansu nie wywalczył na torze. Przecież miał na to cały sezon.

Mimo poważnych problemów finansowych niektórych klubów, w tym Włókniarza, oczekiwania zawodników wzrosły. Jak Pan myśli, jak długo klubu jeszcze wytrzymają?

- Nie wiem, ile, ale wiem, że można temu zapobiec. Ekstraligą rządzi ośmiu prezesów, szef ekstraligi i ludzie z PZMotu. Problem w tym, że oni od lat nie potrafią się dogadać. Podejrzewam, że gdyby tych ośmiu facetów zamknąć w ciemnym pokoju i zostawić trzy noże, to nikt by się nie ostał żywy. Oni nawzajem wbijają sobie nóż w plecy, płacąc wielkie gaże, a potem narzekają jeden na drugiego. Jak się z nimi gada osobno, to są fajni, rozsądni ludzie, ale jak myślą o swoim klubie, to tylko kombinują, jak innych wyrolować. Liczy się tylko własny tyłek, a nie dobro ligi - jej poziom, atrakcyjność dla kibiców. Włókniarz też przyczynił się do sytuacji, jaką mamy. Miał pieniądze, przebijał ceny za Pedersena czy Hancocka, a gdy kasy brakło, ma problem. To samo czeka tych, którzy teraz szastają pieniędzmi na prawo i lewo. Bo mistrz jest tylko jeden, a reszta jest przegrana. Myślę, że we Włókniarzu wiedzą o tym bardzo dobrze. Przepisy wszystkiego nie uregulują, chociaż warto się zastanowić, czy nie powiększyć ligi i na przykład nie wprowadzić KSM-u. Teraz konsekwencją tego, że w drużynie musi jeździć trzech Polaków, są rosnące ceny za ich usługi. Bo dobrej klasy Polaków brakuje, a nikt nie jest głupi i każdy potrafi liczyć. Skoro chłopak z zagranicy robi parę punktów i dostaje tyle, to dlaczego ja mam mieć mniej. Żąda więcej, a spirala się nakręca.

W przyszłym roku znowu przyjedzie Pan do Częstochowy w roli rywala?

- Odkąd odszedłem nie miałem konkretnej propozycji z Włókniarza. Teraz też nie ma tematu.

Włókniarz będzie jednak szukał trenera, może Pan miałby jakiegoś ciekawego kandydata?

- Trener musi być, i to taki, który zna się na swoim fachu. On niekoniecznie musi uczyć zawodników jeździć, ale ma z nich zrobić drużynę. Tak ją ustawić, żeby w meczu u siebie liderzy zdobyli punkty, ale też Gapiński, Drabik czy juniorzy. Na tym to polega. Dziś prowadzenie żużlowej drużyny to złożona sprawa. Zamordyzm nic nie da. Trzeba być doradcą, organizatorem, dobrym duchem drużyny. Bóg raczy wiedzieć, kogo sobie Częstochowa weźmie. Ale teraz i tak chyba łatwiej jest o dobrego trenera niż zawodnika. Dlatego pewnie kogoś znajdą.

Ponoć Greg Hancock jest jedną nogę w WTS-ie. Ile w tym prawdy?

- Nie, to nieprawda. My byśmy go chcieli, ale on ma kontrakt z Częstochową. Dzwoniłem do prezesa Maślanki i otwarcie zapytałem, jakie ma plany wobec Grega. Usłyszałem, że chce, żeby jeździł we Włókniarzu. Dlatego daliśmy spokój.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki.