Sport.pl

Fabian Drzyzga: Najważniejsze, że gram

Czas pracuje dla nas. Mamy młody skład wsparty doświadczeniem i cały czas robimy postępy - mówi w rozmowie z "Gazetą" rozgrywający Domex Tytan AZS-u Fabian Drzyzga.


Tadeusz Iwanicki: W ubiegłym sezonie wiele czasu spędziłeś na ławce rezerwowych, teraz wychodzisz w pierwszej szóstce AZS-u, jesteś zupełnie inaczej postrzeganym zawodnikiem. Jak się czujesz w nowej roli?

Fabian Drzyzga: Przede wszystkim cieszę się, że gram, bo to dla mnie podstawa. Na razie wygrywam rywalizację z Markiem [Kardosem - przyp. red.], ale doceniam to, że mam obok siebie takiego zawodnika. To jest fajna, zdrowa rywalizacja. Marek bardzo dużo mi pomaga, za co mu dziękuję. Zresztą wielokrotnie to podkreślałem. To złoty chłopak, skarb drużyny. Dobrze się stało, że nasi prezesi go tutaj ściągnęli.

I drużynie, i Tobie sezon świetnie się układał do meczu w Radomiu. Z Jadarem przegraliście, a poza tym okazało się, że trzeba będzie się zająć Twoim kolanem.

- Jeszcze przed meczem w Radomiu zebrał mi się płyn w kolanie, a jeżeli coś takiego się dzieje, to znaczy, że nie jest dobrze. Rzeczywiście skumulowało się wtedy trochę pecha, ale było, minęło. Tego, co się wydarzyło, już nie odwrócimy. Patrzymy w przyszłość. Ja muszę odbudować kolano i wrócić do drużyny i gry.

Postawa AZS-u była przed sezonem dużym znakiem zapytania. Wystartowaliście bardzo dobrze, chyba nawet lepiej, niż można się było spodziewać. A jak Ty oceniasz początek rozgrywek?

- Na pewno możemy grać lepiej. Mecze w Radomiu, Warszawie były z naszej strony nierówne. Będę krytyczny wobec siebie i drużyny i powiem, że graliśmy w nich najwyżej średnio. Gdyby było kilka procent lepiej, to wyniki byłyby inne. Czas pracuje dla nas. Mamy młody skład wsparty doświadczeniem i cały czas robimy postępy. Ciekaw jestem, jak wypadniemy po przerwie. Mamy trudnych przeciwników i ważne jest, abyśmy z nimi powalczyli. Jeżeli nawet przegramy, ale po dobrej grze, to myślę, że nikt nie będzie do nas miał pretensji.

Jakie masz do siebie uwagi?

- Ja raczej nigdy nie będę z siebie zadowolony. Chyba że zagram jakiś supermecz, to może wtedy. Na razie jednak takiego nie było. Sporo jest do poprawy w tym, co robię. Mowa o dokładności, powtarzalności, która w na mojej pozycji jest bardzo ważna. Szkoda, że mam teraz przerwę, ale z drugiej strony kontuzje w sporcie są naturalne i trzeba się z tym pogodzić.

Jaką wartość miał dla Ciebie letni epizod w kadrze Daniela Castellaniego?

- Pracowałem z kadrą, dwa, trzy tygodnie i na pewno było to dla mnie nowe doświadczenie. Coś z tego wyniosłem i będę to chciał sprzedać na boisku. Cieszę się, że mogłem tam być, zobaczyć, jak kadra wygląda od środka, poćwiczyć z najlepszymi i trenerem Castellanim.

Jak doszło do tego, że trafiłeś do AZS-u. W jakim stopniu była to Twoja decyzja?

- W podjęciu decyzji w dużej mierze pomagali mi ojciec i Ryszard Bosek. Tak naprawdę to oni o tym zadecydowali. Podpisałem kontrakt na cztery lata, więc o przyszłość nie muszę się martwić. Mogę myśleć tylko o trenowaniu i poprawianiu umiejętności.

Za trenera Panasa grałeś niewiele, ale chyba nie był to dla ciebie stracony czas?

- Oczywiście, że nie. Trener Panas miał swoją wizję zespołu i gry. Pierwszym rozgrywającym miał być Andrzej Stelmach, który zasłużył na brawa za udany sezon. Ja jak na początek i tak grałem sporo. Wiem, że na przykład Paweł Zatorski spędzał na boisku dużo więcej czasu, ale to się wiązało z pozycją. Nowemu rozgrywającemu nie jest łatwo wejść do drużyny. W czasie gry trudno jest poprawiać błędy, dogranie piłki musi być perfekcyjnie. Powiedzmy, że dziewięć na dziesięć piłek musi być dogranych dokładnie, inaczej zaraz odbija się to na jakości gry. U mnie przed rokiem było z tym różnie. Teraz jest lepiej, ale wciąż mam nad czym pracować.

Wyjaśnij kibicom, na czym jeszcze polega trudność gry na pozycji rozgrywającego?

- Każdy zawodnik inaczej idzie do ataku i wymaga dogrania piłki na innej wysokości czy w innym tempie. Problem polega na tym, aby dograć idealnie, ale jednocześnie starać się zaskoczyć przeciwnika. Nie jest to proste, trzeba trochę czasu, aby to ogarnąć.

Fabian Drzyzga musiał zostać siatkarzem? Biorąc pod uwagę, że jest synem Wojciecha, chyba tak?

- Wiem, że niektórzy myślą, że ojciec mi coś kazał, zmuszał do siatkówki, albo coś w tym stylu. Nic z tych rzeczy. Namawiał mnie nawet do tego, żebym zmienił dyscyplinę na koszykówkę i poszedł śladem mamy. Ale ja jestem uparty. Chyba już w wózku postawiłem na siatkówkę, i została do dzisiaj. To była moja decyzja. Nie taty, brata ani nikogo innego.

Pozycję też sobie wybrałeś?

- Tego dokonało już za mnie życie. Czuję się dobrze w roli rozgrywającego, lubię to robić i bardzo się cieszę, że tak to się ułożyło. Chociaż inne pozycje też są bardzo fajne. No, może poza środkowym. Ale gra na środku już mi nie grozi.

Jak postrzegasz siatkarski boom w Polsce?

- Pozytywnie. Wszystko nakręciły sukcesy. Wcześniej kadra grała dobrze, ale jakoś nie potrafiła zrobić tego najważniejszego kroczku i zdobyć medalu. Przełom nastąpił w Japonii. Wtedy był wielki boom, a teraz po zdobyciu złotych medali w Turcji jest chyba jeszcze większy. Możemy się z tego tylko cieszyć. Siatkówka jest na fali i oby tak było jak najdłużej. Myślę, że czekanie na kolejny sukces przez dwadzieścia lat nam nie grozi.

Dla wielu złoto przywiezione z mistrzostw Europy w Turcji było sporym zaskoczeniem. Czy dla Ciebie również?

- Przed turniejem rzeczywiście mało kto dawał nam szanse na tytuł, ale chyba w jego trakcie zmieniał zdanie. Ja nie miałem wątpliwości, że chłopakom należy się medal. A że zdobyli złoto, to chwała im za to. Grali supersiatkówkę, w której widać było rękę trenera Castellaniego. Widać było, że zawodnicy uwierzyli trenerowi, co było podstawą sukcesu.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki