Marek Kwieciński: Pamiętam to jak dziś

Marek Kwieciński to jeden z dwunastki zawodników, którzy przed 20 laty zdobyli pierwsze złoto dla AZS-u. - To był najlepszy okres w mojej karierze i chyba w całym życiu - wspomina
Rozmowa z Markiem Kwiecińskim

"Kwiatek" zakończył karierę w 2001 roku, tuż po tym jak awansował ze Skrą Bełchatów do I ligi. Od tego czasu w Skrze prowadzi grupy młodzieżowe.



Tadeusz Iwanicki: Podejrzewam, że wydarzeń z lutego 1990 roku nie trzeba Panu przypominać?

- Jest godzina 12.43. Andrzej Solski i Marek Kwieciński blokują atak Roberta Malickiego i zdobywają najważniejszy, ostatni punkt w sezonie. Pamiętam to jak dziś. Zresztą trudno zapomnieć, bo chyba to najczęściej wykorzystywany fragment z historii AZS-u. Często wracam do tamtych wydarzeń, bo mają dla mnie ogromną wartość sentymentalną. To był najlepszy okres w mojej karierze i chyba w całym życiu. Mam sporą galerię zdjęć, którą staram się nawet wykorzystywać w swojej pracy. Młodzieży, z którą się pracuje, trzeba pokazać, że trener też coś osiągnął. Niech to będzie dla nich motywacja do pracy.

Z Częstochową jest Pan bardzo mocno związany, m.in. rodzinnie, a mimo to na stałe zakotwiczył w Bełchatowie. Jak to się stało?

- Planowałem zakończyć tutaj karierę, ale nie wyszło. Po powrocie z Turcji grałem w AZS-ie jeszcze trzy czy nawet cztery sezony. Na koniec zdobyłem brązowy medal i okazało się, że jestem za stary i mam sobie szukać nowego klubu. Poszedłem do Sosnowca, po roku chciałem wyjechać za granicę, a w ostatniej chwili dzięki znajomemu z Bełchatowa trafiłem do Skry. W 2001 roku awansowaliśmy do I ligi A, zakończyłem karierę i tam zostałem. Wciąż jestem w Bełchatowie, ale mam wrażenie, że wyjechałem z Częstochowy na obóz czy coś takiego. Ostatnio nawet rozmawiałem z władzami Norwida o powrocie na stare śmieci. W Częstochowie mam dwóch synów, teściów, grono znajomych. Kilka razy w roku tam zaglądam. Na meczach nie bywam, co wynika ze specyfiki pracy.

Pewnie przyjechałby Pan do Częstochowy na jubileusz, gdyby taki został zorganizowany? Jakiś mecz pokazowy czy coś w tym rodzaju.

- Okazja jest, bo przez parę lat zdobywaliśmy dla AZS-u medale, w tym ten bardzo ważny - pierwszy. Kilku z nas działa w siatkówce do dziś, ale niemal wszyscy gdzieś obok. Ja w Bełchatowie, Dzidek Olejnik w Zduńskiej Woli, Krzysiek Stelmach w Kędzierzynie. Praktycznie tylko Radek Panas, po tym jak skończył grać, związał się na dłużej z AZS-em. Tak jakoś się to poukładało. Obecny AZS to już nie ten sam klub, co przed laty, ale warto byłoby, żeby pamiętano w nim o historii. Kibice pamiętają, bo jak przyjeżdżają na mecze do Bełchatowa, to skandują moje nazwisko. Taki pokazowy mecz na pewno by się udał. Każdy z nas się rusza, nikt na wózku nie jeździ i pewnie chętnie by się pod siatką pobawił. Jeżeli nie mecz, to jakieś spotkanie. Coś takiego, jak zorganizowano w Opolu z okazji 75-lecia siatkarskiego związku. Ja w Nysie w ekstraklasie grałem tylko rok, a dostałem zaproszenie na galę w opolskiej filharmonii. Zorganizować można wszystko, tylko trzeba chcieć.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki