Sport.pl

Włókniarz czeka na maraton

Włókniarz wygrał drugi mecz u siebie i ma cztery punkty. Słychać co prawda narzekania, że rywal był osłabiony, a częstochowianom dopisywało szczęście, ale to już wyraźne szukanie dziury w całym
- Wygrali, ale Wrocław miał trzy taśmy i wykluczenie za spóźnienie na start, do tego jechali bez Kennetha Bjerre - wyliczają malkontenci.

Trzeba jednak pamiętać, że dotknięcia taśmy z czegoś wynikają. - Goście do pewnego momentu świetnie wychodzili ze startu, ale trochę się "ślizgali" [tzw. lotne starty - przyp. red.] - mówi prezes Marian Maślanka. - Potem sędzia był czujniejszy i były tego efekty w postaci taśm.

Brak Bjerre był oczywiście osłabieniem, ale jego nieobecność po części pokryli inni zawodnicy wrocławscy.

Trzeba dodać, że i Włókniarz nie był w komfortowej sytuacji. Z racji deszczowej pogody tor był inny niż zwykle - znacznie twardszy. Do tego w powietrzu cały czas wisiała burza i do ósmego biegu (tyle trzeba rozegrać, żeby zaliczyć wynik meczu) jeżdżono bez równania nawierzchni. O kolejności na mecie decydował start. To pasowało rywalom.

- Cieszymy się, bo udało się odjechać ten mecz, a to była wręcz konieczność, no i wygraliśmy - mówi prezes. - Jak na tę pogodę z publicznością też nie było źle. Chociaż do 8 tys., o których przeczytałem w relacjach prasowych, było daleko. Mecz nie był łatwy. Zawiedli jedni nasi zawodnicy, ale pozytywnie zaskoczyli inni, jak choćby Rafał Szombierski.

W najbliższą niedzielę częstochowianie pojadą do Torunia. Do tego meczu mogą podejść ze spokojem, bez zbędnej presji. Gorąco zrobi się od 20 czerwca. Wtedy do Częstochowy przyjedzie Stal Gorzów, 24 czerwca Tauron Tarnów, a trzy dni później Unibax Toruń. To prawdziwy maraton. We Włókniarzu przygotowują kampanię reklamową, aby zachęcić kibiców do przyjścia na stadion. Karnet na trzy mecze będzie kosztował 60 zł (ulgowy 50). Do tego będą dodatkowe atrakcje (np. na mecz z Tarnowem na ulgowe bilety będą mogli wejść emeryci i renciści).

Do końca sezonu daleko, ale wiara w utrzymanie Włókniarza rośnie, tym bardziej że są kluby, które mają spore problemy finansowe (Wrocław i sprawa Bjerre) i sportowe. Te ostatnie przeżywa choćby Tauron Tarnów. Pięć meczów, jedno zwycięstwo (w pierwszej kolejce w deszczu nad Falubazem), dwie porażki u siebie i do tego fatalna jazda Krzysztofa Kasprzaka (w niedzielę w przegranym 32:58 meczu z Unią Leszno nie zdobył punktu) to kiepski bilans. Poza tym słychać coraz częściej, że część klubów przeinwestowała. Tymczasem na stadiony przychodzi mnie kibiców, niż oczekiwano, a pogłębia to jeszcze pogoda i ciągłe przekładanie meczów. W tej lidze wiele się jeszcze może zdarzyć!



Rozmowa z Rafałem Szombierskim

Tadeusz Iwanicki: Może Pan chyba odetchnąć z ulgą, bo doczekał się Pan wreszcie swojej szansy i zaliczył wymarzony debiut.

- No tak. I jestem wdzięczny, że prezes Maślanka wyciągnął człowieka skądś tam i dał mu szansę. Pokazałem dzisiaj, że warto było zaryzykować.

Ta podniesiona ręka w czasie jazdy i gesty do kibiców to jakiś nawyk?

- Tak już mam. W Rybniku też tak cieszyłem się z kibicami. Jak jechałem z przodu, to na każdym okrążeniu podnosiłem rękę. Wiem, że to trochę niebezpieczne, ale w takich momentach ręka sama idzie do góry. To taka oznaka radości. Taki już jestem. Jak wsiądę na motocykl, to już z tego się cieszę.

Tor był dość twardy, ale wyraźnie Panu pasował.

- Nie byłem do niego spasowany. W piątek trenowaliśmy na bardziej przyczepnej nawierzchni, ale przez ten zapowiadany deszcz na mecz trzeba ją było ubić. Ten tor mimo wszystko trzymał i jakoś udało mi się dobrać przełożenia. Szkoda tylko tych dwóch zer, ale jakbym na początek zrobił 15 punktów, toby dopiero było...

Stać Pana na jeszcze więcej? Po takim występie kibice na pewno wyżej powieszą poprzeczkę, mogą pojawić się nerwy, presja...

- Ja zawsze denerwuję się i angażuję tak samo. Nieważne, czy to trening, czy mecz. W Rybniku trener wiedział, na co mnie stać, i nie musiałem się bić z chłopakami na treningu. Sprawdzałem tylko motocykle i jechałem w meczu. Tutaj też mówiłem działaczom, że w meczu pojadę, i słowa dotrzymałem.

Przed Wami seria bardzo trudnych meczów, którą rozpoczniecie od wyjazdu do Torunia. Będziecie w stanie tam powalczyć?

- Trzeba wygrywać u siebie, a na wyjazdach pokazywać lwi pazur i może coś uda się wygrać. Czy już w Toruniu? Nie wiem. Ja się cieszę, że poprzeczka pójdzie do góry. Wiem, że muszę jeździć, i to jak najwięcej, żeby nadrobić stracony czas. Może w przyszłym tygodniu pojadę do Szwecji. Może z czasem wskoczą jakieś Czechy czy Rosja. Będzie dobrze.

Jest Pan dobrze przygotowany do startów w ekstralidze?

- Mam wszystko, czego potrzebuję. Tutaj wszyscy chcą mi pomagać. Prezes Maślanka, Krzysztof Mrozek, Jacek Orlikowski - to tylko kilka nazwisk, którym sporo zawdzięczam. I jeszcze jedno. Podziękowania należą się Głównej Komisji Sportu Żużlowego za to, że zwolniła mnie z egzaminu praktycznego. Gdyby nie to, pewnie nie byłoby dzisiaj tych dziewięciu punktów. Czekałbym dalej i straciłbym pół sezonu.