Jadą, aż miło patrzeć

Za nami sześć ekstraligowych meczów. To wystarczająca dawka, by stwierdzić, że zatrudnienie braci Łagutów było strzałem w dziesiątkę. Podobnie jak Daniela Nermarka
To, co pokazali w niedzielę Grigorij i Artiom Łagutowie, można porównywać tylko z wyczynami Tomasza Golloba. Przesada? Kto widział wie, że nie. Zresztą starszy z braci - Grigorij - był chyba najbardziej niedocenianym do tej pory żużlowcem na... świecie (swoją drogą za dużo tych żużlowców nie ma). Po tym, co pokazuje na częstochowskim torze, aż trudno uwierzyć, że nie jeździł nigdy w Grand Prix i nie odnosił międzynarodowych sukcesów. Waleczność, ambicja, kapitalna orientacja, zmysł taktyczny, umiejętność jazdy parą - to wszystko "Grisza" - jak mówią do niego już niemal wszyscy w Częstochowie - ma na poziomie ścisłej czołówki światowej. Skoro potrafi wygrywać w Jasonem Crumpem (a ten w niedzielę pozostałym częstochowianom nie dawał szans), skoro w Gorzowie ogrywa Tomasza Golloba i Nickiego Pedersena, to stać go na największe sukcesy.

Kibice Włókniarza już dziś martwią się, że po sezonie bogatsze kluby będą chciały Włókniarzowi Rosjan podkupić. "Jak sprzedacie Łagutów, więcej na meczu mnie nie zobaczycie" - deklaruje jeden z forumowiczów. Trudno się dziwić, bo bracia nie tylko zdobywają punkty, ale także sprawiają, że każdy mecz "Lwów" to wspaniałe, trzymające w napięciu widowisko.

I jeszcze jedno. Wbrew opinii, z jaką Łagutowie przychodzili do Częstochowy, nie są to żużlowcy jeżdżący ostro czy brutalnie. Owszem, brawury im nie brakuje, ale rywali szanują i jeśli ryzykują (a czasami tak bywa), to własnym zdrowiem.

Łagutowie porwali w niedzielę kibiców, ale docenić trzeba również Daniela Nermarka. Tym bardziej że to Szwed był najskuteczniejszy w drużynie. Jemu pokonać Jasona Crumpa się nie udało, ale walka, jaką stoczył w ostatnim wyścigu z Australijczykiem, zapierała dech w piersiach.