Sport.pl

AZS znowu w defensywie. Czy tak już zostanie?

Jak to możliwe, że w odstępie zaledwie tygodnia drużyna gra dwa tak diametralnie różne mecze? W dodatku wyraźnie przegrywa z drużyną teoretycznie słabszą od tej, którą rozbiła 3:0. Tak właśnie było w przypadku siatkarzy AZS-u, którzy w niedzielę w Bielsku-Białej dostali baty od beniaminka, a wcześniej pokonali w Gdańsku Lotos Trefl.
AZS to już inny zespół niż przed rokiem, bardziej doświadczony, dlatego spodziewano się, że w PlusLidze będzie sobie radził lepiej. I tak było, po sześciu kolejkach ma na koncie dwa zwycięstwa (w całych poprzednich rozgrywkach akademicy uzbierali ich pięć). Tyle że te wyniki nie dają satysfakcji - ani kibicom, ani samym zawodnikom. Częstochowianie grają nierówno, na ogół nie potrafią wykorzystać dobrego przyjęcia zagrywki. W ofensywie prezentują się zdecydowanie gorzej niż w defensywie. W Bielsku atakowali z 36-procentową skutecznością, a ponad przeciętność wybijał się jedynie młody Michał Kaczyński. Do tego cały zespół marnie zagrywał (tylko jeden as w meczu). Z takimi statystykami trudno pokonać nawet przeciętnego beniaminka. Można powiedzieć, że po nagłym i niespodziewanym odbiciu w Gdańsku wszystko wróciło do kiepskiej normy, a analizując to, co wydarzyło się do tej pory, trudno o optymizm.

Ci kibice, którzy w niedzielę wybrali się na mecz do Bielska, z optymizmu wyleczyli się już dawno, a biorąc pod uwagę ich zachowanie w hali - wulgarne okrzyki pod adresem zawodników - najwyraźniej stracili cierpliwość. Trudno ich chwalić, ale można spróbować zrozumieć. Stanąć po ich stronie i zastanowić się, ile można oglądać to, co prezentuje drużyna. Okazuje się, że doświadczenie i znane w siatkarskim środowisku nazwisko wcale nie gwarantuje wysokiego poziomu.

Dotyczy to co najmniej dwóch zawodników, których latem zdecydowano się zatrudnić, a którzy dziś siedzą na ławce rezerwowych lub grają tylko przy okazji kontuzji kolegów. AZS zrobił zakupy na miarę swych finansowych możliwości, ale już dziś wiadomo, że nie wszystkie transfery okazały się trafione. Na dobrą sprawę, pomijając młodzież, na wysokości zadania stanęli tylko Jakub Vesely (aktualnie kontuzjowany) i Michał Bąkiewicz, do pozostałych zaś można mieć większe lub mniejsze uwagi. "Bąku" ze względu na swoje predyspozycje (bardziej pomocny jest w defensywie niż w ofensywie, co wiadome było od zawsze) nie rzuca się może aż tak bardzo w oczy, jednak swoje robi (tak było m.in. w niedzielę w Bielsku). W związku z kontuzją Miłosza Hebdy trener Marek Kardos nie może jednak optymalnie ustawić zespołu. Siłą rzeczy stawia na Dawida Murka, który jednak najlepsze lata ma za sobą i na boisku najlepiej by się czuł w roli... drugiego Bąkiewicza. Dwóch defensywnych skrzydłowych, do tego młody atakujący, "dojrzewający" jeszcze środkowy Mariusz Marcyniak, plus niezbyt przekonujący rozgrywający to mieszanka, po której oczekiwać można wszystkiego. Czyli tego, czego doświadczyliśmy w ostatnich tygodniach.

Co może zrobić trener Marek Kardos? Niewiele. Z zawodnikami rozmawiał już wielokrotnie, zmieniał skład, dawał sygnał, że będzie stawiał na młodzież. Ostatnio konsekwentnie wystawiał Michała Kaczyńskiego, a ten odwdzięczył mu się naprawdę dobrą grą. Szkoda tylko, że kontuzje Hebdy i Veselego ograniczyły trenerowi pole manewru praktycznie do minimum. Teraz może tylko czekać, aż obaj wrócą do treningów i formy, oraz liczyć, że nastąpi to możliwie najszybciej. Chyba że pójdzie na całość, po Kaczyńskim i Marcyniaku wprowadzając do składu jeszcze jednego żółtodzioba - Bartosza Bednorza. Ryzyko spore, ale w obecnej sytuacji wydaje się jedynym rozsądnym rozwiązaniem, które może pobudzić zespół.

Więcej o: