Żużel. Stachyra: Nie jestem konfliktowy, ale wymagający

Janusz Stachyra w 1996 roku zdobył z Włókniarzem tytuł mistrza Polski, a teraz ma pomóc klubowi nawiązać do lat świetności. Jeżeli zbudujemy fundament, atmosferę to i wynik przyjdzie. Ja w to mocno wierzę - przekonuje 52-letni dyrektor techniczny, innymi słowy człowiek od wszystkiego
Rozmowa z Januszem Stachyrą

Tadeusz Iwanicki: Po 16 latach wrócił pan do Częstochowy. Z przyjemnością?

Janusz Stachyra: Nawet nie liczyłem, ile tego czasu minęło, ale na pewno miło jest wrócić na stare śmieci, do klubu w którym uprawiałem zawodowo żużel. Wróciłem w innej roli i będę chciał zrobić to co do mnie należy. Najlepiej jak potrafię.

Zaskoczyła pana propozycja z Włókniarza?

- Ja mogłem tutaj wrócić już jakiś czas temu i chciałem podjąć rękawicę, ale zawsze coś stało na przeszkodzie. Dobrze, że teraz nadarzyła się taka możliwość. Przyjąłem wyzwanie i mam nadzieję, że mu podołam. Miałem inne propozycje ale mało konkretne. A na brak roboty nie narzekam. Zawsze coś sobie znajdę, nie koniecznie trzeba być trenerem żeby być blisko żużla.

Do Lublina pana nie ciągnęli. Mają I ligę, ciekawą drużynę...

- Tam jest Grzesiek Dzikowski, mówili że skoro zrobił ligę to nie wypada im nic zmieniać. A ja uważam, że to nie Grzesiek zrobił ligę, a regulamin. Poznań nie przystąpił do barażów, a każdy wie że wygranie dwumeczu z I-ligowcem graniczy z cudem. Uważam, że słaby Poznań byłby za mocny dla Lublina. Ale niech tam chłopcy sobie latają. Niech im się wiedzie.

Ma pan za sobą krótki rekonesans we Włókniarzu. Jest tu co robić?

- Jest, ale ja się roboty nie boję. Na początek trzeba usunąć wodę z toru, dosypać nawierzchni i doprowadzić do tego aby jak najszybciej można było rozpocząć treningi. To jest cel numer jeden. Ale jeżeli nie uda się tego zrobić w miarę szybko, to mamy coś w zastępstwie. Jestem po rozmowie z prezesem Ostrowa, z którym ustaliłem że w razie potrzeby pojedziemy tam potrenować. Będziemy mogli pojeździć do woli. Ten plan powstał zaraz po tym jaki pierwszy raz przyjechałem tutaj na rozmowy. Jest też plan sparingowy ułożony przez Jarka Dymka. Rozsądny bo wiadomo, że wiosną pogody są różne i nie ma sensu wymyślać dalekich wyjazdów. Lepiej mieć coś blisko, w razie czego szybko odwołać, niż robić sobie problemy i niepotrzebne koszty. Ustaliliśmy również, że zorganizujemy turniej par dla młodzieżowców. U nas na torze, bo muszą się nauczyć wygrywania biegów u siebie. Od tego muszą zacząć.

Wie pan już dokładnie jakie będzie miał kompetencje?

- To jest kosmetyczny szczegół, który trzeba jeszcze omówić, ale to nie jest żaden problem. Mogę się też włączyć do szkolenia adeptów. Oczywiście jeżeli będzie taka potrzeba i Andzia Puczyński będzie chciał. Jestem do dyspozycji. Nie będę przecież siedział i się nudził. Mogę pomóc, tym bardziej że jak z młodymi pracuję to i sam się młody czuję.

Wiem, że lubi pan też podłubać przy sprzęcie...

- Owszem. Uważam, że jestem na czasie, dużo widzę, dużo słyszę i dużo wiem.

Jak pan widzi skład i siłę Włókniarza?

- Liga będzie w tym roku wyrównana. Po pierwsze dlatego, że w drużynach jest po jednym zawodniku z Grand Prix. Po drugie sporą rolę będą odgrywali Polacy, zwłaszcza juniorzy. I dobrze bo uważam, że szkolenie dla obcych federacji, jest nie na miejscu. Prosta sprawa: zawodnicy się starzeją i za trzy, cztery lata nie będzie miał kto jeździć. Proporcje powinny być zachowane. Niech w drużynach będzie pół na pół Polaków i obcokrajowców. Wtedy będą równe szanse i jedni i drudzy będą mogli udowodnić swoją wartość. Tłumaczenie, że obcokrajowiec jest tańszy do mnie nie trafia. Nie zawsze tak jest, a poza tym w wielu przypadkach ich związek z klubem kończy się na wystawieniu faktury. Gdyby to ode mnie zależało zrobiłbym dwa biegi juniorskie w meczu. Niech chłopcy zbierają doświadczenie i jeżdżą z najlepszymi. A tak pojadą trzy biegi i często na tym koniec. Taki Dudek ma rację mówiąc, że czuje się pokrzywdzony, że startuje za mało. Bo wie, że stać go na więcej. Ma potencjał, wsparcie ojca i gdyby miał pięć biegów w meczu, to byłoby to korzystne dla jego rozwoju i polskiego żużla.

Widzi pan potencjał w naszych młodzieżowcach?

- Widzę i każdy z tej czwórki ma takie same szanse na miejsce w składzie. Zobaczymy jakie będzie ich zachowanie, podejście do speedwaya. Na pewno wybierzemy najlepszych.

Ma pan już takie doświadczenie, że chyba wie, że żużlowa młodzież często ma...muchy w nosie?

- Myślę, że się dogadamy. Ja lubię z młodzieżą pracować i postaram się żeby ci chłopy byli przygotowani do sezonu możliwie jak najlepiej. Podszlifujemy ich troszeczkę żeby błysnęli.

Żużlowa Częstochowa jest zakochana w Griszy Łagucie. Pan też tak bardzo ceni tego zawodnika?

- On dobrze zrobił przenosząc się w ubiegłym roku z pierwszej do ekstraligi. Nie przeszkadzały mu ani nowe tory, ani nowe tłumiki. Teraz będzie mu trudniej bo wszyscy będą się na niego napinać, ale mam nadzieję że pojedzie swoje. Da radę. To wszechstronny zawodnik, potrafi jechać szerzej, całkiem przy płocie. Włókniarz to nie tylko Grisza. Harris jest waleczny i po słabszym ostatnim sezonie w Rzeszowie, może się tutaj pokazać z dobrej strony. Daniela Nermarka też dobrze znam bo miałem okazję współpracować z nim w Ostrowie. Wiem co to za zawodnik i czego można się po nim spodziewać. Generalnie wiem jakie tory lubią i mam nadzieję, że znajdziemy wspólny język. Najważniejsze aby była atmosfera.

W ubiegłym sezonie piętą achillesową włókniarzy były starty. Wie pan jak to zmienić?

- Ja dużo uwagi poświęcam na treningu startom bo od tego się w żużlu wszystko zaczyna. Co i jak robię nie będę mówił bo nie chcę zdradzać swojego warsztatu. Ale spokojnie, to też ogarniemy.

Mówi pan w lidze mnogiej, a więc z kim będzie pan to ogarniał z Jarkiem Dymkiem i Sławkiem Drabikiem. Czy tak?

- Temat jest otwarty. Ja nie przyjechałem tutaj się wymądrzać, a pracować i współpracować. A obowiązków jest tyle, że dla każdego z nas wystarczy.

Będzie pan mieszkał w Częstochowie?

- A jak inaczej. Mam przyjeżdżać w ostatniej chwili i robić wszystko na zabój. Tak nie da rady.

Ostatni rok pan odpoczywał od żużla...

- I tak i nie, bo pomagałem trochę Dawidowi (jeżdżącemu wtedy w Wybrzeżu Gdańsk synowi). On miał problemy z tłumikami i dopiero w meczu z Gnieznem zrobił zero i cztery trójki. To był przełom. Długo się z tym szarpał, pisał w gazetach, a to nie miało sensu. Mówiłem mu, że wcześniej czy później te tłumiki i tak wejdą i protesty nic nie dadzą. Rozwiązanie znaleźliśmy dopiero pod koniec sezonu, ale dzięki temu Dawid może z optymizmem oczekiwać na kolejny. A on na żużlu jeździć potrafi. To ukształtowany zawodnik, który sam o sobie decyduje.

Pamiętam jak przed laty irytował się pan po przegranych biegach. Syn ma podobny charakter?

- Ja potrafię przegrywać, ale nie lubię. Dawid reaguje inaczej.

Co pan powie tym, którzy powiedzą że Janusz Stachyra to trudny charakter?

- Nie jestem konfliktowy, tylko wymagający. Ludzie wracają do różnych spraw, a ja powiem tylko tyle, że jak trzeba było to w Rzeszowie wsiadałem na motocykl ze złamanym obojczykiem. Trudny charakter? Mówią tak najczęściej ci, którzy nigdy ze mną nie współpracowali. Podejrzewam, że wiem, o co chodzi. O tor, co...?

Ponoć w tych sprawach nie znosi pan sprzeciwu i sam podejmuje decyzje?

- Ja zawsze przygotowuję taki tor, który pasuje moim zawodnikom. Mam w nosie to czy on się komuś podoba czy nie. Ma być regulaminowy, a że będzie też wymagający, to już inna broszka. Powiem, że będzie taki sam przez cały sezon. Po to żeby zawodnicy mogli się do niego przyzwyczaić, dopasować silniki. Aby jeżdżąc w Częstochowie mogli czuć, że są w domu. Na pewno nie będzie tak, że będziemy robić tor na rywala. To nie ma sensu.

A teraz trochę powspominamy. Na początek "wojnę o złoto z Krzyżakami" z 1996 roku?

- Do takich przeżyć i momentów z przyjemnością się wraca. Ja robię to przy okazji świąt. Znajduję czas na moje biegi i patrzę sobie jak to było. A było tak: 3,0,3,0,3 w domu i 12 punktów z bonusami w rewanżu w Toruniu. Myślę, że przyczyniłem się do tego złota i zawsze mile będę wspominał tamten okres.

Zdobył pan tytuł i opuścił Częstochowę, dlaczego?

Była opcja żebym został, ale nie chciałem blokować miejsca młodszym zawodnikom. Ja byłem wtedy u schyłku kariery i po rozmowie z Markiem (Cieślakiem przyp. red.) i prezesem doszliśmy do wniosku, że ustąpię miejsca młodym. Rozstaliśmy się w przyjaźni, a z Markiem przyjaźnimy się do dzisiaj.

To był pana najlepszy sezon?

- Uważam, że najlepszy, chociaż jeśli chodzi o statystyki to nie. Pamiętam, że raz miałem średnią punktową około 2,50. W innym sezonie ani razu nie byłem na mecie czwarty. Ale złoto jest złoto. I ja takie w dorobku mam.

Wasz sukces w 1996 był niespodziewany, teraz na Włókniarza też mało kto stawia, a więc...Dostrzega pan analogie?

- Wtedy nic nie musieliśmy i to był nasz atut. Jeżeli teraz zbudujemy fundament, atmosferę to i wynik przyjdzie. Ja w to mocno wierzę.

Rozmawiał Tadeusz Iwanicki