Sławomir Drabik: Skończyło się, więcej nie będzie [WYWIAD, część I]

Na żużlowym torze spędził blisko 30 lat. - Muszę komuś rzucić temat, żeby przeliczył, ile przejechałem w tym czasie kilometrów. Bez treningów, same zawody. To byłoby ciekawe - mówi Sławomir Drabik, którego w nowym sezonie zastąpi na torze syn Maks
Rozmowa ze Sławomirem Drabikiem

Tadeusz Iwanicki: Turnieju pożegnalnego nie było, ale skoro nie ścigasz się od dwóch lat, to znaczy, że na tor raczej nie wrócisz. Czy tak?

Sławomir Drabik: W świat może nie poszło jakoś oficjalnie, że kończę ze ściganiem, ale sobie to powiedziałem. Teraz mogę powiedzieć do wszystkich: Rybnik - na tym się skończyło, więcej nie będzie. Wtedy myślałem, żeby pojeździć jeszcze sezon w wyższej bądź niższej lidze, ale dałem spokój.

Myślisz, żeby pożegnać się z kibicami, jak to robią nie tylko żużlowe gwiazdy? Podejrzewam, że dla Drabika stadion by się zapełnił.

- Taka impreza powinna być. Drabik mógłby ją zorganizować. Brakuje jednak czasu, nie ma dobrego momentu, żeby powiedzieć: robimy. Może takiego turnieju nie będzie, a może pojeździmy na przykład gdzieś w Krośnie (śmiech).

Jeżeli już, to chyba bardziej w Opolu, bo tam jeździłeś i byłeś lubiany.

- Pewnie, Opole też może być. Spędziłem tam fajny okres.

Czujesz się zrealizowanym sportowcem, osiągnąłeś to, co planowałeś?

- Sukcesów to ja nie planowałem. Zrobić mogłem więcej, a wyszło jak wyszło.

W takim razie jak wyszło?

- Trudno mi ocenić. To była fajna przygoda, fajna zabawa i na nic innego bym się nie zamienił. Żużel mnie kręcił od dziecka i sam fakt, że zaistniałem w tej dyscyplinie, już jest dla mnie sukcesem.

Kto Drabika "wkręcił" w żużel?

- Nie pamiętam. Kilka domów obok mieszkał ktoś, kto się ścigał, wokół było mnóstwo chłopaków, którzy jeździli na czym popadło. To nie był lansik na firmowych yamahach czy hondach, ale jakieś WSK-i, komarki, jawki. Jak wsiadłem na motocykl, miałem chyba ze 12 lat. Był także speedrower, różne wyścigi pod szkołą. Tak jak wszyscy, ja też szukałem sobie zajęcia. Wtedy nie było internetu, a wolnego czasu dużo. Tak to się zaczęło.

Trafiłeś na trudny moment. W 1984 roku, kiedy zaczynałeś karierę, Włókniarz był w głębokim kryzysie.

- Czasy na pewno były inne. Na wszystko brakowało, ale w szkółce był tłum chętnych. Nie tak jak dzisiaj, kiedy przychodzi pięć osób z nadwagą, w dodatku bez większego pojęcia o motocyklu. Wtedy na treningach pojawiało się 50, 60 chłopaków. Gdy ktoś zjeżdżał z toru, a przyszła twoja kolej, trzeba się było zamieniać na buty, zakładać spoconą "skórę", kask i jazda. To były inne czasy niż dzisiaj, ale fajne. Nikt nie patrzył na monetę, tylko chciał się pobawić.

Długo się przyzwyczajałeś do żużla?

- Chyba nie, ale dlatego, że jeździłem już na minicrossie. Dzięki temu miałem jakieś przygotowanie. Ale pierwszy kontakt z motocyklem żużlowym to była masakra. Czułem się, jakbym siedział na ławce w parku. Dziwiłem się, jak można jeździć czymś takim. Jechało się jak po torach kolejowych.

Potem na żużlowych torach spędziłeś blisko 30 lat.

- Trochę to trwało. Muszę komuś rzucić temat, żeby przeliczył, ile przejechałem w tym czasie kilometrów. Bez treningów, same zawody. To byłoby ciekawe.

Uprawiając tak niebezpieczną dyscyplinę, uniknąłeś poważnych kontuzji. Jeździłeś widowiskowo, ale bezpiecznie. Jak wy mówicie: szanowałeś czyjeś kości, a koledzy z toru twoje.

- Tak było, chociaż w tej dyscyplinie jak sam sobie nic nie zrobisz, to wcześniej czy później ktoś cię poczęstuje. Wiedziałem, że wyjeżdżając na tor, wyjeżdżałem na małą wojnę. Ja też upadków nie uniknąłem. Leżałem na torze ze swojej winy, chłopaki też mi w tym pomagali. Za moich czasów gladiatorów było sporo. Jak cię zobaczyli z prawej strony, to myśleli tylko o tym, żeby powiesić na płocie. Dzisiaj jest takich niewielu, ale się zdarzają. Karambole i kontuzje też, chociaż zawodnicy są zabezpieczeni o wiele lepiej, a dodatkowo chronią ich dmuchane bandy.

Ciebie pech dopadł w drugiej części kariery...

- To był chyba mecz Polska - Reszta Świata w Opolu, wtedy miałem pierwszy poważny dzwon. Ostro walnąłem plecami i film mi urwało. Była jeszcze przygoda w Czechach [na torze w Slanach - przyp. red.] i w Częstochowie w Pucharze Gorących Serc, kiedy jeździliśmy dla dzieciaków. Wtedy zabrałem się z dwoma motorami. Poduchy nie pomogły, bo się rozleciały, zanim na nie wpadłem. Było grubo: kręgosłup, żebra, mostek. Ucierpiałem fest, ale jakoś się pozbierałem.

Wiem, że nie lubisz takiego pytania, ale mimo wszystko je zadam: co uważasz za największy sukces w swojej karierze?

- Może tytuł Indywidualnego Mistrza Polski w Warszawie w 1996 roku. Wcześniej miałem przygodę alkoholową, zabrane prawko, nie jeździłem pół roku i wszyscy mówili, że Drabik już się nie odnajdzie. A się odnalazł. Wróciłem głodny jazdy. Chciałem się pokazać i się udało. To było coś, co zostało mi w głowie na dłużej. Bo o wygranych za bardzo nie rozmyślałem. Dłużej bolało, jak impreza nie wyszła.

Przygoda alkoholowa, jak ją nazwałeś, traktowana jest jako jedno z ważniejszych wydarzeń w twojej karierze. Informuje o niej nawet Wikipedia.

- Szare byłoby życie bez takich historii (śmiech). Cieszę się, że powrót na tor się udał. Stałem na stadionie w Warszawie na prezentacji, a na trybunach Częstochowa. Ciary przeszły wtedy po plecach, byłem tak nakręcony, że nie mogłem nie wygrać. 15 punktów było wtedy.

Wielu z tych, którzy wtedy świętowali, cieszyło się z twojego złota równie mocno, jak z tego, że "włożyłeś" Gollobowi...

- Pamiętam te klimaty. Za każdym razem, kiedy się spotykaliśmy, iskrzyło. Czułem, że mogę mieć trzy zera, ale z nim wygrać muszę (śmiech). Ale między nami nic nie było. Okazało się, że to papa Gollob wszystko wymyślił. On nakręcał Tomka i atmosferę. Ale Tomek zrozumiał, że nie tędy droga.

Lata 90. to był twój czas. Dwa razy zdobyłeś mistrzostwo Polski, do tego Złoty Kask. Wystąpiłeś w finale Indywidualnych Mistrzostw Świata, w cyklu Grand Prix... Pytany o tajemnicę sukcesów zawsze uciekałeś do żartów. Zdradzisz coś teraz?

- Byłem jednym z pierwszych, z którym utożsamił się Otto Weiss [znany niemiecki tuner, przygotowujący silniki żużlowe - przyp. red.]. Zadzwonił do mnie przed finałem Mistrzostw Świata we Wrocławiu i zaproponował swoje silniki. Powiedział: jak ci będą pasować, to pojedziesz w finale. Można powiedzieć, że zrobił mi prezent. Zawody dziwnie się ułożyły, ale sprzęt chodził fajnie, chyba mogłem wtedy zrobić pudło. Defekt i niesłuszne wykluczenie położyły mi te zawody. W Weissem współpracowałem dłużej. Jeździłem na jego silnikach w Grand Prix i w lidze. Finał w Warszawie to też był Weiss. Silnik zrobiony przez kogoś innego, ale na podzespołach Weissa.

Zrobiony, jak nam wtedy mówiłeś, przez babcię w POM-ie (Państwowym Ośrodku Maszynowym).

- Tak, ten robiła słynna babcia i niech tak zostanie.

Obalimy mit o Drabiku wielkim luzaku, który bawi się w najlepsze, na prawo i lewo sypie dowcipami i nie wie co to stres?

- Przed i po meczu starałem się być wyluzowany. Miałem swój styl, hasła różne leciały, ale jak zakładałem kask, robiłem swoją robotę. Na pewno nie należałem do tych, którzy biegali po parkingu i w nerwach zmieniali zębatki. Zielone światło się świeciło, a oni się zastanawiali, czy dobrze zrobili, czy źle. Tego sobie oszczędzałem.



Sławomir Drabik

Licencję uzyskał w 1984 r. jako 18-latek. Aż do 2000 r. jeździł w barwach Włókniarza, odnosząc największe sukcesy w karierze. W 1991 r. wywalczył w Toruniu tytuł Indywidualnego Mistrza Polski. W najlepszym sezonie 1996 sięgnął po złoto z drużyną Włókniarza oraz indywidualnie w pamiętnym finale z Warszawie. Rok później w finale IMP rozegranym na torze w Częstochowie był drugi za Jackiem Krzyżaniakiem. Ma w swoim dorobku również wicemistrzostwo Europy (2003, Slany), tytuł Drużynowego Mistrza Świata (1996, Diedenbergen), mistrzostwo Polski Par Klubowych (2006) i Złoty Kask (1991). W mistrzostwach świata jego największym osiągnięciem było 9. miejsce w jednodniowym finale rozegranym w 1992 r. we Wrocławiu. W sezonie 1997 startował w cyklu Grand Prix (11. miejsce).

W barwach Włókniarza jeździł w latach 1984-2000, 2005-2007, 2009-2010. W międzyczasie startował w Polonii Piła (2001), Kolejarzu Opole (2002), WTS-ie Wrocław (2003-2004), Unii Tarnów (2008) i RKM-ie Rybnik (2011).